Strona:Wacław Sieroszewski-Na kresach lasów.djvu/139

Ta strona została przepisana.

nie będę prawdziwym Jakutem. Co ja się wtedy nacierpiałem... Czasami ucieknę do lasu, schowam się w krzaki i... płaczę w głos, jak małe dziecko, a byłem już chłop duży.
— Ot, widzisz, jedzie stary Filip, zaraz rozpocznie się zebranie — przerwał nagle, zmieniając ton i ukazując na szlak błotnistej drogi, wijącej się po dolinie, obrzeżonej brunatnymi lasami, pagórkami, upstrzonej rudym puchem traw przeszłorocznych, sterczących ponad toiejącymi śniegami.
Paweł odwrócił głowę we wskazanym kierunku i ujrzał kilku jeźdźców, jadących gęsiego, a ponad ich głowami stada czarnych kruków i białych czajek, unoszących się z krzykiem.
— Filip, Moora i jeszcze ktoś trzeci... pewnie Długi. Całem gniazdem stary wyruszył — opowiadali sobie patrzący.
— Jadą, hej! jadą!
Posłany z tą wieścią wyrostek wpadł do jurty, skąd przez drzwi, na ściężaj otwarte, dolatywały liczne głosy rozmawiających. Zaraz też na podwórzu pojawiło się kilku ciekawych, wyszedł Andrzej, świątecznie odziany w sute futro z białych lisów, kryte czarnym pół-aksamitem, w kosztownej, bobrowej czapce, w letniem obuwiu z pięknej „sary“[1], z zielonem, sukiennem u cholew obszyciem. Idąc, zapinał pośpiesznie dużą klamrę szerokiego, srebrnemi blachami pokrytego pasa, a mijając Pawła i Ujbanczyka, obrzucił ich bystrem, badawczem spojrzeniem.

Jednocześnie we wrota wjeżdżał Filip, gruby, do nadętego pęcherza podobny, odziany zupełnie tak samo, jak Andrzej. Dżjanha podskoczył i schwycił

  1. „Sary“ — wyprawna skóra z końskiej szyi, pozbawiona naskórka, używana na obuwie.