Strona:Wacław Sieroszewski-Na kresach lasów.djvu/48

Ta strona została przepisana.

wet nie gniewał, nie klął, nie skarżył, ale zastygł w ponurej apatyi, leżąc bez ruchu, skurczony na sankach, pod wiązką łachmanów, służących mu za odzież i pościel.
— Aby mi tylko w drodze nie umarł! — mruczał Ujbanczyk, oglądając się na niego i popędzając reny.
Nareszcie szóstego dnia przedpołudniem stanęli w miasteczku. Ujbanczyk przedewszystkiem zajechał do Uprawy, gdzie zdał Rosyanina papiery, a także wypowiedział się o mące. Rzeczywiście przyszło z „gubernii“ pozwolenie na rozdawanie cierpiącym głod gminom Jakutów i Tunguzów mąki z zapasów znajdujących się w magazynach rządowych, ale w ilości prawem określonej, stosunkowo do liczby dusz, płacącej podatki, i nie darmo, ale tytułem pożyczki, rozłożonej według wartości mąki i kosztów przewozu. Wiadomość ta zmniejszyła znacznie wiarę Ujbanczyka i Dżjanhi w skuteczność ofiarowanej pomocy, a nawet w jej potrzebę. Naradziwszy się jednak postanowili na wszelki wypadek zabrać należną im część. Jeżeli okaże się zbyteczną, będzie można ją zwrócić, rozumowali, przewóz nic więcej nie będzie kosztował, nad to co już stracili, a tymczasem Andrzej i gmina mogliby gniewać się za samowolną zmianę ich rozporządzeń. Zabrał więc Dżjanha reny na koniec miasteczka do znajomego Jakuta, gdzie miał czekać na brata, a Ujbanczyk poszedł załatwiać wymagane formalności.
Cierpliwością, pokorą, uporem zwyciężył wszystkie kancelaryjne przeszkody; na ulicy, w kuchniach, w przedpokojach wyczekał wszystkie godziny snu, złego humoru, braku czasu tych, od których załatwienie sprawy zależało; wreszcie głodny, wyczerpany ogromnem natężeniem uwagi, jakiej wymagało od