Strona:Wacław Sieroszewski-Na kresach lasów.djvu/79

Ta strona została przepisana.

— Kto?
— On! człowiek bez twarzy!
Chłopak z przerażeniem spojrzał na krawędź jamy, gdzie — to zjawiały się, to nikły, wywołane migotaniem płomieni, białe od śniegu, a krwawe od łuny, widma sąsiednich drzew.
Nagle porywczo, zajadle zaszczekał jeden z uwiązanych u sani psów.
— Dżjanha! Ujbanczyk! Ujbanczyk! — szeptali chłopcy, szarpiąc śpiących towarzyszów.
Dżjanha zerwał się.
— Co takiego? Co się stało?
— Pies szczeka!
— Więc cóż! Niech szczeka! — odrzekł gniewnie — ale wstał, narzucił świtę na gołe plecy i zbliżył się do ukazanej przez wyrostków strony dołu. Wał wyrzuconego śniegu podtajał, osiadł do ciepła i sięgał patrzącym zaledwie do ramion; mogli więc, nie wyłażąc, rozejrzeć się dokoła. Pies więcej nie szczekał, ale nastawiwszy uszy, siadł na tylnych łapach i patrzył uporczywie w jednym kierunku; inne nie ruszyły się nawet, śpiąc spokojnie zwinięte w kłębek około narty.
— Wilk albo lis — mruknął, ziewając, Dżjanha i wrócił pośpiesznie do ciepłej pościeli. Ale Foka i Niuster długo jeszcze spać nie mogli; oparci o siebie stali u brzegu dołu, wpatrzeni w miliardy gwiazd tajemniczo ku nim mrugających zasłuchani w cichość nocy. Zmysły ich ostre, pobudzone, jak oktawy strun napięte, szukały w tem niewiadomem, co ich otaczało, pokrewnych wrażeń i dźwięków.
— Ot widzisz — zagadał nareszcie Foka, pokazując palcem — te tam trzy gwiazdy! Ta pierwsza na przodzie, największa, to powiadają — łoś; te dwie mniejsze za nią to dwóch braci Tunguzów,