Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/200

Ta strona została przepisana.

krwią zaszłemi oczami, przyjął Aleksandra uprzejmie; posadził za stołem, częstował herbatą i w rozmowie o różnych rzeczach próbował wybadać, co robić zamyśla, gdzie córkę umieści, jak sobie pocznie bez kobiety.
Wiele szczegółów z jego podróży i ze spotkania z żoną było widocznie znanych Jakutowi. Aleksander odpowiadał oględnie. Mydła, soli i herbaty sprzedał mu Jakut chętnie, dziwił się jednak, że nieboszczka, chociaż za bogatą uchodziła kobietę, nie przywiozła nic z miasta.
— Zupełnie musiała być południowa pani. Uczona. Nie wiedziała, biedna, że tu dokoła głuchy las, że jeśli człowiek czego nie ma, to choć się kładź i umieraj... nie dostanie! Dobrze, jeżeli dadzą sąsiedzi... A dadzą wtedy, jeżeli dać mogą...
Był między gośćmi i Tus, szczupły, szpakowaty staruszek z płaskim nosem i ostrym podbródkiem, z twarzą tak ciemną i pomarszczoną, jak gdyby uwędzoną w dymie.
— Poczekaj, pojedziemy razem — wstrzymał go Aleksander, widząc, że się zabiera do odejścia.
— Razem, a to poco? Przecież ty jedziesz do kniazia.
— Nic bez soli, nic bez żartu! Jaki przykry stary! Poco a poco?!... Weselej będzie cudzoziemcowi!... — poparł Aleksandra gospodarz.
— Wiemy, jak polowała mysz z żabą!
Jakuci zaśmiali się.