Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/256

Ta strona została przepisana.

ciebie porani albo siebie zabije!... Nieszczęście!... Poradzę ci, cudzoziemcze: ty konia nie proś, a ja przyślę ci jutro synka Mikołaja...
— Zgoda i na to — odrzekł po namyśle Aleksander. — Tylko pamiętaj stary, że jeśli stanie się co memu koniowi, ty będziesz odpowiadał!
— Cóż mi zrobisz? Krajać mię będziesz?
Wysunął z pod zasłony chytrze uśmiechniętą głowę i spojrzenia ich skrzyżowały się.
— To się pokaże.
— Zuchwały jesteś, cudzoziemcze, ale... nic nie wskórasz!
Aleksander wyszedł. Cóż miał robić? Mógł poskarżyć się księciu, ale skarżyć się księciu było to samo, co skarżyć się Kapitonowi. Kłótnie Jakutów nigdy nie wychodziły za granicę spraw rodowych. Aleksander rozumiał, że dla obu stron jest równie wstrętnym i groźnym cudzoziemcem. Widział potrzebę dać im odrazu poczuć, że żartować z siebie i krzywdzić się nie pozwoli; nie wiedział jednak co począć i mocno zadumany wracał do domu.
Słońce już stało nad parowem Ałdanu. Złote blaski wypełniały łożysko po wręby. Wysokie lodem pokryte osypiska brzegów lśniły się i woda z nich kapać poczęła. Jasne promienie przestrzeliły pęki traw, łozy, rąbki krzewów, zwieszających się na krawędzi przepaści; wychyliły się ku nim z cienia wierzchołki sosen pochylonych, podmy-