Strona:Wacław Sieroszewski-Zamorski djabeł.djvu/118

Ta strona została uwierzytelniona.

Nikt nie zwracał na niego uwagi; wszystkich pochłaniały własne cierpienia i zbliżająca się śmierć. Spostrzegszy zbliżający się oddział zbawczy, zaczęli płakać i wyć z radości... Wielu zaniemówiło ze wzruszenia i przybyli z trudnością zdołali się od nich dowiedzieć, gdzie są Europejczycy... Sodmun z Brzeskim znaleźli ich wreszcie w małej rozpadlinie. Baron leżał na ziemi i nie chciał się ruszyć. Daremnie poczciwy topograf namawiał go i pomagał mu. Baron wymyślał lub jęczał... Gdy Brzeski przykląkł koło niego i bulknął wodą w manjerce, Niemiec podniósł ociężałe powieki i w mdlejących jego źrenicach błysnęło zdziwienie i przestrach...


∗             ∗

Ludzie zostali uratowani, ale większa połowa koni i wielbłądów zginęła. Towary, zapasy żywności, kolekcje naukowe, pieniądze — wszystko ocalało, ponieważ niedaleko od źródła już zaczynały się koczowiska mongolskie, gdzie Sodmun kupił niezwłocznie znaczną ilość nowych zwierząt i wysłał na nich ludzi na poszukiwanie porzuconych rzeczy karawany. Zginęło jedynie to, co zdołały zamieść piachy pustyni.
W dwa tygodnie potym ekspedycja przebyła górski łańcuch Tian-Szaniu a po następnych dwuch tygodniach przeszła przez ogromną sklepioną bramę Wielkiego Muru Chińskiego i znalazła się wśród żyznych, gęsto zaludnionych, doskonale uprawnych dolin Chin Właściwych.
W Pekinie ekspedycja stanęła z wielkim opóźnieniem, ale bez żadnych już przygód.
Wśród członków jej panowała pozorna zgoda.