Strona:Wacław Sieroszewski-Zamorski djabeł.djvu/135

Ta strona została uwierzytelniona.

— Mamo, on rozumie i... nie jest rudy...
— Więc widziałaś, bezwstydnico?!... Przyznaj się, że podglądałaś!...
Zwykle w chwilach takich Wań zaczynał głośną rozmowę z Brzeskim lub kazał mu czytać. Dni względnej ciszy zdarzały się za parawanem tylko wtedy, gdy w niedługich przerwach pykała tam miarowo fajeczka i mdły zapach opjum rozpływał się po izbie.

XIII.
Muzykant uliczny

Dni mijały jednostajnie, różniąc się zaledwie w szczegółach.
W pogodę wyraźniej dobiegał hałas z poblizkich handlowych ulic, słońce usiłowało wedrzeć się do izby przez ślepe błony okien, kramarze i wędrowni rzemieślnicy częściej zgłaszali się na podwórko, wykrzykując, dzwoniąc, grając na rozmaitych instrumentach.
W deszcz szmer lejącej się z dachu wody, klapanie w podmuchach wiatru mokrego papieru w oknach, potęgowały jednostajnością dźwięków szarość barw i jednostajność życia tego ubogiego zakątka.
Jednego z takich dni zwykły szum miejski, który nieustannie grał w dali swą potężną pieśń tajemniczą, wzdął się i wyłonił z siebie niezwykłą wrzawę. Potężniała i szła szybko