Strona:Wacław Sieroszewski-Zamorski djabeł.djvu/149

Ta strona została uwierzytelniona.

będzie bił mego ojca? — zapytał niespodzianie Ma-czży już u wrót domu.
— Kto?... Ojciec Paolo? Niemądry chłopcze, toć on bardzo miły i dobry... Zacóż miałby was bić?
Ma-czży nie odpowiedział, ale podejrzliwie spojrzał na Europejczyka i czmychnął nosem.

XV.

Baron odjeżdżał.
W ambasadzie skorzystano z okazji i urządzono na cześć wyprawy uroczysty obiad pożegnalny.
O wpół do siódmej biesiadnicy obsiedli duży stół podłużny.
Sześć ogromnych bukietów tworzyło pośrodku stołu śliczny, przejrzysty żywopłot. Białe kielichy lilji mieszały. się tam z płomiennemi językami dziwacznie podartych tulipanów, nawpół rozwiane korony żółtych i ponsowych róż wychylały się z bladych azalji, strzępiaste złocienie i ogromne goździki splatały się w uroczy deseń z drobnolistnym kwiatem pomarańczowym i aksamitnemi ząbkami tuberoz. Dzieliły je nikłe wytryski traw i kłosków, a łączyła żywa zieloność podszycia z paproci i wawrzynu.
Półkola blado-różowych wstążek, zwisających z trzech wysokich srebrnych kandelabrów, łączyły w jeden rząd kwiaty i światło.
Z obu stron kwiatowej przegrody ciągnęły się szeregi karafek i smukłych amfor o tęczowych błyskach, wznosiły się podstawki z piramidami żółtych, rumianych i fijoletowych owoców; wreszcie przed każdym przyborem kupił się tłum różnobarwnych i rożnokształtnych kielichów, stały szklanki z wachlarzami serwet, wstawionych w nie jak bukiety.