Strona:Wacław Sieroszewski-Zamorski djabeł.djvu/188

Ta strona została uwierzytelniona.

się nudzi, niech tęskni... Zbyt mu dobrze z nami... Pieniądze na opjum od jutra będziesz dostawała ode mnie!... — dodał przebiegle.
— A skąd pieniądze?
— W tym moja głowa.
Chań Wań pomyślała chwilkę i kiwnęła głową na znak zgody. W razie potrzeby wszakże mogła znowu zwrócić się do dawnego źródła, a nawet czerpać jednocześnie z obu.
— Wań się myli. Chań nie jest glupia. Cudzoziemiec był bardzo grzeczny i skromny; nie spuszczałam z nich oka! — dodała znacząco.
— Tym lepiej. Niech się ożeni z Lień. Powiadają, że będzie kiedyś panem fabryki, że będzie bogatym, wtedy będzie nam dobrze jako ojcu i matce jego żony!

XXI.

Po długich poszukiwaniach znalazł Wań miluchną willę piętrową w ogrodach klasztornych, odnajmowaną na lato przez mnichów zamożniejszym mieszkańcom In-kou. Właśnie opustoszała z nadejściem jesieni i właściciele chętnie zgodzili się na roczną dzierżawę i potrzebne ku temu przeróbki. Otaczał ją niewysoki mur, przez który przelewały się, jak piana zielona, gęste zwoje pachnącego wina. Miała głęboką, cienistą werandę, a przed nią maluchne, wyłożone piaskowcem podwórko z wazonami wiecznie zielonych kwiatów po rogach. Ogromne, stare drzewa klasztornego parku szumiały z południowej strony tuż nad jej dachem. W dole pluskał strumień, mijając omszałe głazy. Od wrót lekki mostek łukowy wiódł przez wodę ku ścieżce, pnącej się wśród krzewów obwieszonych