Strona:Wacław Sieroszewski - Łańcuchy.djvu/100

Ta strona została przepisana.
IX.

Biały, długi, lśniący szkłami niezliczonych okien parowiec lekko sunął środkiem rzeki, ciągnąc za sobą ciemną, pękatą barkę więzienną.
Dzień był słoneczny, prawie upalny, łagodzony świeżym powiewem, lecącym od srebrzystych obszarów wód, od zielonych brzegów, obmytych wczorajszym deszczem.
Pasażerowie pierwszej i drugiej klasy, panie w jasnych sukniach, panowie w słomkowych kapeluszach albo w miękkich czapkach podróżnych, w letnich kostjumach spacerowali po wślednim pokładzie nad rudlem, przyglądając się ruchowi krążących wokoło statków lub pięknym widokom, otwierającym się na zakrętach rzeki.
Stale oczy wszystkich z wyrazem zaciekawienia i odrazy zatrzymywały się na brzydkim kadłubie wleczonej na długiej linie barki.
— O wiele prędzejbyśmy posuwali się naprzód, gdyby nie to! — rzekł kupiec w długiej czamarze do towarzysza w żółtym „czesunczowem“ ubraniu.