Strona:Wacław Sieroszewski - Łańcuchy.djvu/104

Ta strona została przepisana.

mieszczała opodal na fotelach i ławkach, nie przestając słuchać, lecz widocznie uciekając od niemiłego sąsiedztwa i unikając zbyt pilnej obserwacji „fiołka“. Przy burcie niedaleko strzeżonej pary została jedynie młoda panienka w ciemnym żakieciku, w czarnym kapelusiku z białym skrzydełkiem oraz jakiś jegomość nieokreślonego wieku w kratkowanem ubraniu tabaczkowego koloru...
— Że też im pozwalają takie rzeczy śpiewać?... — zwrócił się jegomość do panienki.
Ta nie odpowiedziała, zdawała się nie słyszeć pytania, utkwiła wielkie fiołkowe oczy w barkę i chłonęła z niesłychanem napięciem każdy płynący stamtąd dźwięk:

Na siewiere dikom
Stait adinoko
Sasna...
I śniegom sypuczym
Kak rizoj adieta
Ana...
I wieter kaczajct...

Znowu po krótkiej przerwie płynęła nad wodami melodja rozdzierającej tęsknoty, głusząc monotonny łoskot kół parostatku.
Dokoła szemrała rzeka, łuszcząc się tysiącem modrych fal, każda z drżącem, złotem okiem pośrodku. Falisty brzeg miejscami wspinał się