Strona:Wacław Sieroszewski - Łańcuchy.djvu/199

Ta strona została przepisana.
XVII.

Do Tiumenia przybyli nazajutrz koło południa.
Na dworcu konwój jak zwykle otoczył aresztantów i poprowadził ich do więzienia.
Wojnart odchodząc, uważnie przeszukał wzrokiem peron, ale tam prócz paru urzędników kolejowych oraz kilku tragarzy i dróżników nikogo prawie nie było. Publiczność dawno już odpłynęła do miasta.
— Czy po sprawunki teraz idziemy, czy z „zamku?“ — spytał Dobronrawowa, odnalazłszy go w tłumie w czasie drogi.
— Nie wiem. Starszy nie chciał ze mną mówić, oficera niema. Trzeba będzie pewnie zwrócić się do naczelnika więzienia. Mniejsza o to!... — odrzekł ten kwaśno.
— Może ja spróbuję ze starszym teraz pogadać? Co? Szkoda czasu? Lepiejby pójść odrazu! — proponował Wojnart.
— Kiedy widzicie, nie wiem jeszcze jak to się ułoży? — ciągnął tym samym niechętnym tonem Dobronrawow, spoglądając zukosa na idącego obok Butterbrota.