Strona:Wacław Sieroszewski - Łańcuchy.djvu/292

Ta strona została przepisana.
XXV.

Na szerokich kamiennych schodach tomskiego więzienia stał Dobronrawow i gorąco przemawiał do opasłego starszego nadzorcy, oraz paru kluczników, służbiście wyciągniętych opodal. Gorący letni dzień zalewał swem złotem postacie rozmawiających; wielki biały budynek więzienia, wznoszący się poza niemi, z którego otwartych podwoi leciał głuchy szmer jak z olbrzymiego ula, zajmował środek obszernego pustego podwórza okolonego wysokim murem, wzdłuż którego chodziły pojedyńcze straże wojskowe. Zamkniętej bramy strzegła również warta żołnierzy i dyżurny klucznik.
— Tego ja sam panu pozwolić nie mogę!... Już to panu mówiłem!... — mruknął głucho starszy nadzorca.
— Ależ zmiłujcie się, ludzie!... Droga była długa, a mgła jeszcze ją przedłużyła; wydano nam strawne na osiem dni, a byliśmy w drodze dwa tygodnie. Cóż to za porządek?... Kto nam te pieniądze zwróci... Musi przecież ktoś zwrócić!... Przejedliśmy własne grosze, zadłużyliśmy się