Strona:Wacław Sieroszewski - Łańcuchy.djvu/52

Ta strona została przepisana.

Czarny stójkowy z rogu ulicy z wielką mosiężną blachą na piersiach oraz kilku opasłych drabów w białych fartuchach z metalowemi napisami „dwornik“ na czapkach, biegli z różnych stron ku zbiegowisku.
Pochód aresztantów zatrzymał się wreszcie przed wielkim białym gmachem, podziurawionym niezliczoną ilością niedużych okien. Nad ogromną czarną bramą błyszczał napis

Więzienie“.

Wysokie dźwierza, pożyłkowane żelaznemi okuciami jak skrzydła nietoperza, rozwarły się. Weszli pod sklepienie, zamknięte z drugiej strony taką samą bramą i przedzielone pośrodku grubą kratą. W bocznem wejściu na schodkach ukazał się oficer w towarzystwie żołnierzy i kilku nadzorców więziennych w czarnych mundurach z rewolwerami w skórzanych pochwach u bioder.
Jedna straż zdała więźniów, druga ich przyjęła. Wtedy otwarła się krata a następnie przeciwległe wierze je bramy. Szara kolumna aresztantów wytłoczyła się na obszerne drobno zabrukowane podwórze, którego trzy boki zamykały trzy skrzydła wysokiego szarego gmachu z niezliczonemi oknami; w czwartym widniał budynek niższy, stary, obdrapany, obrzydlilwego piernikowego koloru. Ku temu budynkowi poprowadził pochód stary klucznik.
— Bogu niech będą dzięki: — do starego wyznaczyli więzienia, a nie do tej przeklętej