Strona:Wacław Sieroszewski - Łańcuchy.djvu/53

Ta strona została przepisana.

„konstytucji“! Ustąp, chłopcze, ja tu swój! — mruknął siwy włóczęga, przepychając się pospiesznie naprzód mimo Gawara.
Po wydeptanych schodkach kamiennych, tłocząc się, weszli do obszernej sieni. Ciężki zapach kwaszonej kapusty, karbolu, amon jaku z domieszką piwnicznej stęchlizny uderzył ich, jak obuchem. Przy drzwiach stało paru nadzorców, a pośrodku kręciło się kilku aresztantów w parcianej bieliźnie i szarych chałatach. Jedni myli ręce i naczynia nad zlewami długich umywalni umieszczonych wzdłuż ścian, inni wchodzili i wychodzili z drzwi, z poza których szerzyła się na całą sień obrzydliwa woń. Trzy duże korytarze oświetlone każdy oknem na końcu, zbiegały się u wewnętrznych drzwi sieni.
— Polityczni tutaj, za mną!... — huknął nadzorca, skręcając na lewo.
Gromada aresztantów rozbiła się na dwie nierówne części. Gawar starał się trzymać jak najbliżej doktora Frączaka.
— Już ja będę koło pana.
— Dobrze chłopcze, z przyjemnością. Będziemy biedować razem.
W mrocznym korytarzu popod ścianami błądziły cienie więźniów. Minęli parę ciemnych drzwi, za któremi dzwoniły łańcuchy i szumiał zduszony gwar głosów. Nareszcie klucznik zatrzymał się przed następnemi i otworzył je wprawnie, szeroko. Stali przez chwilę na progu, olśnieni światłem, bijącem z jasnej głębi, przy-