Strona:Wacław Sieroszewski - Łańcuchy.djvu/89

Ta strona została przepisana.
VIII.

Gawar miewał na nowem miejscu lekki sen.
To też zbudził się odrazu, skoro tylko poruszył się jego sąsiad z prawej strony.
— Co się stało? To pan, panie Wojnart?
— Nic, nic! Śpij chłopcze! Jeszcze wcześnie!
— A pan?
— Ja co innego: muszę obudzić dyżurnych kucharzy, przyjąć od piekarzy chleb i wydać śniadanie!
— Pójdę z panem. Deszcz zdaje się ustał, może będzie ładnie!
Obaj spojrzeli na rzędy brudnych luminatorów, przez które skąpo sączyła się różowa poświata poranku.
— Owszem, chodź! Tylko śpiesz się, bo nie mam czasu! — odpowiedział półgłosem Wojnart, podtrzymując ostrożnie kajdany, by nie brzękły przy schodzeniu z pryczy.
Gawar szybko się ubrał, poczem wziął mydło, ręcznik i udał się do umywalni, która była pod schodami. Wojnarta już tam nie zastał; nie znalazł go również na pokładzie, na który wy-