Strona:Wacław Sieroszewski - Dalaj-Lama Część druga.djvu/192

Ta strona została przepisana.




— Już powinien być... powinien dawno być!... Dwa tygodnie! — powtarzał z udręką Korczak, chodząc wzdłuż wysokiej, bielonej ściany, oddzielającej więzienie od świata.
— Powinien, ale nie zapominaj, że tam pustynia!... Dzień — dwa zwłoki w takiej podróży nic nie znaczy. — Może się więc zjawić lada chwila... Zresztą może już jest w mieście i nas szuka... Nie wie, gdzie jesteśmy... Już napewno Biełkin postarał się o to, żeby wszelkie ślady po nas zatrzeć... Uważasz, że go już dłuższy czas nie widać.... I Wołkow również wcale się nie pokazuje i nie wzywa nas?! Tam się coś dzieje, coś się dzieje, o czem my nie mamy pojęcia!... — dowodził Domicki.
Chodzili, rozmawiając cicho po polsku niedaleko drzwi okutych i zamkniętych na głucho. Maciej leżał wyciągnięty pod ścianą i czekał na słońce, które w pogodne dnie, jak ten właśnie, rzucało na krótko do studni więziennego podwórka garść swoich wesołych promieni. Z głębi dziedzińca, z zakratowanej nory, gdzie wszyscy uwię-