Strona:Wacław Sieroszewski - Małżeństwo, Być albo nie być, Tułacze.djvu/14

Ta strona została przepisana.

Osobnik raz jeszcze skinął głową na znak zgody i równocześnie nową rybkę poderwał.
Stefan wyskoczył na brzeg i udał się wąską ścieżyną wśród głogów i tarniny ku małej jurcie na skraju sioła.
Kiedy próg jej przestąpił i rozejrzał się po ciemnem wnętrzu, przyjemne ożywienie znikło z jego ogorzałej twarzy.
— Niema! — szepnął z rozczarowaniem.
Lecz rozrzucone na stole gazety, filiżanka niedopitej herbaty, szal leżący na podłodzie, jakiś szmer cichy ledwie uchwytny wstrzymywały go od odwrotu.
— Panno Zofio! — rzekł głośno.
— Panno Zofio! — powtórzył ciszej. Jego bystre oczy dostrzegły ślady łez na porzuconych pismach. Perkalowa zasłona nad łóżkiem zakołysała się nieznacznie, wysunęły się z pod niej drobne stopy w starych wytartych trzewiczkach, a po chwili wyszła stamtąd młoda kobieta jasnowłosa, jasno-lica, ze smutnemi fiołkowemi oczyma.
— To pan, panie Stefanie! Dzień dobry!...
— Płynę na moją wyspę... Może pani przejedzie się ze mną?
Blady rumieniec przemknął po twarzy dziewczyny.
— Nie. Nie dziś!
— Właśnie dziś! — odparł stanowczo, ło-