Strona:Wacław Sieroszewski - Małżeństwo, Być albo nie być, Tułacze.djvu/140

Ta strona została przepisana.

nosił. Odmawia. »Niema: krowy cielne!« »Więc oddajcie pieniądze!...« »Skąd je weźmiemy... Dawnośmy przejedli!... Znowu chcieliśmy prosić u ciebie, bogatego, dobrego cudzoziemca... Jesteśmy bardzo biedni!...« Istotnie, bieda aż piszczy! Co miałem robić! Dałem... A w nocy ta bieda wykopała mi wszystkie kartofle...
— I cóż? — spytał Stefan.
— A nic! Przecież nie będę się z nimi prawował o wór ziemniaków... Gdyby to nie był prosty wór, lecz »zasada«, to możebym przezwyciężył lenistwo i sprzedał jakuta w niewolę temu samemu księciu sądowym wyrokiem... Ale to przecie nie »zasada«... Byle przetrwać... Każdy po swojemu!...
Zofia spojrzała na Stefana. Milczał, zły.
— Skończyło się na tem, że wszystko biorę za gotówkę u księcia... Ten korzysta z okoliczności i drze niemiłosiernie... Nawet mój nieskończenie rozciągliwy budżet piszczy...
— Jakże się to skończy?
— Jakkolwiek. Wszystko mija, zmienia się, płynie, jest w ciągłym ruchu według metody dyalektycznej! Każde zło zawiera w sobie swoją własną śmierć!... — zakończył żartobliwie.
— Bez żartów, co pan zamierza uczynić?! — spytała Zofia.
— Wyślą mię, albo... zamieszkam u guber-