Strona:Wacław Sieroszewski - Małżeństwo, Być albo nie być, Tułacze.djvu/159

Ta strona została przepisana.

biegających wzdłuż ściany, niewyraźne dźwięki czającej się nazewnątrz pustyni — przejmowały ją znagła okropnym dreszczem wyczekiwania, podczas gdy zwykła kamienna cisza dusiła ją wciąż jak wieko trumny... Chwilami nie śmiała długo wznieść oczu, lękając się, że ujrzy go... Widzi nieledwie przez opuszczone powieki czarne widmo, siedzące w zwykłem miejscu w falach purpurowego ognia... Spaliła zapas drew a po nową naręcz bała się wyjść za próg, gdzie straszyły ją nieprzejrzana noc i białość nieobeszłych śniegów.
Usnęła snem niespokojnym, pełnym przebudzeń i mar.
— »Bezwolną wlokę cię w otchłań!...« — szeptał zimny trup, gniótł kolanami jej piersi i ciągnął za splątane warkocze krzywymi szponami...
Obudziła się. Stał nad nią bezruch i cichość bezwzględnego odludzia. Na kominie w kupie spopielonego zarzewia świeciły pojedyńcze węgielki, niby krwawe oczy upiorne...
Zofia poznała, że się już nie lęka, że pozostał w niej jedynie wielki, niezgruntowany smutek i żal...
Zapaliła świecę i wzięła do czytania książkę.
— Jakże okrutni, jakże strasznie okrutni i samolubni są czasami najlepsi ludzie... — westchnęła i znowu zaczęła rozmyślać jak bardzo