Strona:Wacław Sieroszewski - Małżeństwo, Być albo nie być, Tułacze.djvu/231

Ta strona została przepisana.

— Łotr, łotr!... O nic prosić nie będę, o nic!... Skórznie pod kajdany... przedmiot naszej zbiorowej walki!... Cha, cha!.... — szeptał latając z kąta w kąt po celi jak opętany. Krew lała mu się z poranionej nogi i plamiła starannie wyszorowaną podłogę. Brzęk łańcuchów wypełniał swym łoskotem całe więzienie. »Bazyliszek« przyglądał mu się pilnie przez »judasza«, ale nic nie mówił.
Dopiero o zmroku, gdy ucichło, znużony więzień usiadł przy stole i zimne czoło oparł na drżącej dłoni. Ostrożnie wezwał go dalszy sąsiad, Pankracy.
— Co się stało? Czego biegaliście jak lew ryczący!?...
Opowiedział swoją rozmowę z Herodem.
— Rzecz najzwyklejsza... Nie macie się co przejmować!...
— W żadne już rozmowy wdawać się nie będę... Nie chcę!...
— Szkoda. Czasami trzeba mówić, żeby... wyrównać linię... Walczyć lepiej w szeregu...
— Gadać...
— Teraz gadać a co dalej czynić, naradzimy się. Po co wyprzedzać wypadki?...
— Jakie wypadki?... Co za wypadki?.... Mogiła!... Śmierć!... Jakie tu mogą być wypadki?....