Strona:Wacław Sieroszewski - Małżeństwo, Być albo nie być, Tułacze.djvu/236

Ta strona została przepisana.

— Zima, zima!... Cóż dziwnego?... Przecież grudzień przekreśliłem już dawno na mym kalendarzu!... Aha, ptak przeleciał... ptak... Za mur, za mur!... Śnieg... Jaka lekkość, jaka czystość, jaka białość!... Puch... puch... Tysiące kryształów błyszczy... perli się, przegląda w rosie zamkniętego wewnątrz powietrza i światła...
Co za blaski? Jak rznie w oczy!...
Zmrużył powieki i zatrzymał się wyczerpany, rozmarzony...
— Dalej!... Dalej! Nie wolno stać! — krzyczał nań z oddala dozorca.
Zaremba nie ruszał się. Zimne, przedziwnie czyste, upajająco pyszne, bogate i łaskawe, rzeźwiące powietrze tamowało mu dech jak kaskada chłodnej wody bijącej z wysoka, rozpierało i rwało mu z bolesną rozkoszą strudzone, zwątlałe w zaniknięciu płuca. Otworzył szeroko zawiędłe usta, jak ryba wyrzucona na brzeg i na wpół pijany nie słyszał i nie słuchał wołania... Wirujące myśli, cała zawieja motylich obrazów i uczuć, zburzyły nagle niwy, zerwały okowy... Rozbłysnął, rozedniał przed nim biały, jasny i wesoły świat... Zamajaczał grudniowy las, przesnuty muślinem brylantowych szronów, otulony puchami ciężkich sadzi... Łabędzie rozłogi pól i łęgów nizko rozpostarły się w słonecznej pozłocie...