Strona:Wacław Sieroszewski - Małżeństwo, Być albo nie być, Tułacze.djvu/239

Ta strona została przepisana.

Bazyliszek powiódł posępnie Zarembę w głąb korytarza i zamknął w celi z hałasem.
— Pankracy! co się stało?... — zastukał Zaremba na swego rozmówcę, nie czekając nawet na odejście klucznika.
Nikt mu nie odpowiedział. Widocznie wszyscy nasłuchiwali u drzwi. Zaremba również ku nim przystąpił i przylgnął uchem do... »judasza«... Lecz cela jego była za daleko, rozróżniał zaledwie głuche stąpanie i niewyraźny szmer.
— Co się stało?... Co u Wiktora?... — powtórzył pytanie, skoro głosy znowu ucichły i trzasnęły znacząco drzwi wchodowe.
— Znowu krwotok... Źle!... Poczekaj, niech wypocznie, dowiemy się szczegółów... Byłeś na spacerze?...
Zaremba opowiedział, nie opuszczając najmniejszej drobnostki, swój zachwyt i swoje wrażenia... Nie omieszkał opisać i swego zajścia z Bazyliszkiem.
— Trzeba ich koniecznie przyzwyczaić do stukania. To dla nas kwestya życia i śmierci...
— Jestem tego samego zdania... Uważam, że już nawet kruszynę przyzwyczaili się... Gorzej, że wśród nas są tacy dziwacy, czy samolubi, którzy nie chcą stukać i utrudniają innym komunikacyę...
Po rurze między nimi przesunął się prze-