Strona:Wacław Sieroszewski - Małżeństwo, Być albo nie być, Tułacze.djvu/299

Ta strona została przepisana.

Usiadł i opowiadał jak zwykle, co gdzie wyczytał lub usłyszał.
Piersi umierającego wznosiły się ciężko i wysoko, kotłowało się w nich, jak w wygasającym wulkanie.
— Nic, nic... Nie szkodzi!... — mówił, dysząc usilnie.
— Niech tam!... Oczyścimy się w tym ogniu od wszystkich brzydot, wad i słabostek... Wszyscy źli i marni opuszczą nas... Wzlecimy ponad światy, ponad dzieje bieżące, przemijające... wzlecimy! Ale... mnie już nie będzie!...
Głucho zakaszlał i opadł na poduszki. Odjeżdżający uścisnął mu rękę.
Zajrzał następnie do »profesora«, gdzie w zimnym, wilgotnym, brudnym chlewku, na glinianej podłodze pełzały, płacząc i swarząc się, pół nagie dzieci, a wśród nich kobieta, z bólem przyschłym do lic, czyściła w milczeniu kartofle.
Zajrzał i cofnął się. »Profesora« nie było. Dojrzał go daleko na ścieżce, dźwigającego na grzbiecie wiązkę chrustu. Podszedł ku niemu, nosze od niego odebrał i zarzucił je sobie na plecy, a obok, ocierając pot z czoła, podreptał »profesor«... Wyrzekał na cały świat, na los swój, oskarżał historyę i ludzi...
Odwiedził »komunę« studentów i robotni-