Strona:Wacław Sieroszewski - Małżeństwo, Być albo nie być, Tułacze.djvu/32

Ta strona została przepisana.

gadać... Wydaje mi się... wydaje mi się, że... kocham pana! — dodała zniżając głos. — Lecz zaskoczyło mnie to... tak znienacka!... Chcę przekonać się, czy nie jest to poprostu głos krwi... wpływ ślicznego dnia!... Czyż nie byłoby to dla pana ubliżeniem, gdybym została pana... żoną z takiem podejrzeniem... w duszy? Dla samej siebie i dla pana!... — dodała pośpiesznie.
Smutnie głowę pochylił, ale nic nie odrzekł.
Milczeli całą drogę, płynąc po modrych lustrzanych równiach z różowym blaskiem zachodu we wgłębieniach płaskich potoczystych fal.
A poza nimi gorący dzień słoneczny tonął w ognistej zorzy.
Płynęli ku ciemniejącemu nieboskłonowi z blademi gwiazdami, płynęli ku brzegom, gdzie smutno odrzynały się czarne smugi zębatych lasów. Dopiero przy wyjściu z łodzi na przystani spojrzał z dołu w jej oczy nieśmiało i szepnął zabawnie:
— Niech pani nie wyda zbyt srogiego wyroku. On doprawdy jest zakochany!!...
Hyła mu wdzięczna, że odmówił jej zaproszeniu i nie poszedł z nią do jurty.
Podwójnie dobrze się złożyło, gdyż zastała tam właśnie Zerowicza.