Strona:Wacław Sieroszewski - Małżeństwo, Być albo nie być, Tułacze.djvu/324

Ta strona została przepisana.

Ale Wiktor potrząsnął przecząco głową.
— Przyzwyczaiłem się, dojdę!... Może we wsi dadzą...
— A jakże!... Gdyby choć koszulę i portki dali... A co obutki, to już niechybnie ukraść trzeba będzie!
— Pójdę i boso.
— Jak chcesz... Nikt cię nie niewoli.
W źrenicach włóczęgi zatliły się szydercze ogniki.
— Nawet pop zgodzi się, że jak mus, to niema grzechu! Co?
— A jak was zwać, dziadu? — spytał wymijająco Wiktor.
Włóczęga chwilkę pomyślał.
— A zwij choćby... Wasilczem. A ciebie?...
— Ignac...
— Niech będzie Ignac... A tylko zapamiętaj sobie, że lepiej wieś spalić, niźli wędrowca o nazwisko pytać!... Takie jest nasze warnackie prawidło!... Rzetelny włóczęga nie ma nic, ani rodu, ani plemienia, ma na sobie wór, a kasę... w szynku!
Szli drożyną, gawędząc. Słońce coraz częściej zaglądało na skrętach w cienistą szparę leśnego przesmyku i złociło zieloną koronkę modrzewiowych pławin. Wreszcie wypłynęło ponad drzewa i, niby szeroki brzeszczot ogni-