Strona:Wacław Sieroszewski - Małżeństwo, Być albo nie być, Tułacze.djvu/329

Ta strona została przepisana.

— He, he, he!... Łase na to tutejsze baby, och, łase... Tylko, że wszystko chciałyby na darmochę — zaśmiał się stróż.
Wyszli i jeszcze z sobą coś szeptali na drodze. Wiktor nasłuchiwał zaniepokojony i niemile dotknięty.
— Cóż, wróci, czy nie wróci? — spytał, gdy stróż ukazał się we drzwiach.
— Co nie ma wrócić? Chyba, że źle »osiodła«!... Wtedy i ciebie, brachu, wezmą... Nasza wieś starodawna...
— Dawno służysz?
— Tu, przy tych wrotach, piąty rok waruję...
— Nietutejszy?...
— Nie, jam daleki, rosiejski...
Umilkł i zaczął popiół rozgarniać na nizkiem palenisku pod okopconym otworem dymnika.
Wnętrze budy nasiąkało zwolna gęstym, ciężkim mrokiem. Przez dziury i szczeliny dachu wpadały ogniste smugi zachodu, niby zbroczone krwią dzidy szturmującego wroga. Przy blasku ich stary systematycznie układał szczapy, drewienka, wiórki, niecił ogień i gadał:
— Moja ziemia południowa, pobrzeż ciepłego Azowskiego morza, od Kierczy, od Tuzły... A służyłem niegdyś w wojsku, w samej