Strona:Wacław Sieroszewski - Małżeństwo, Być albo nie być, Tułacze.djvu/370

Ta strona została przepisana.

echa, niby szmer biegnącej przez pole myszy. Wtem dostrzegł w dali migocący dziwacznie drobny, czerwony jak iskierka ogieniek. Już go z oczu nie spuszczał. W miarę, jak się zbliżali, ogieniek rósł, przybierał fantastyczne kształty, wreszcie łypnął szeroką łuną aż na drogę i podniebie. Nawet Wiktor podniósł się. U wielkiego stosu ognia stały dwie brodate postacie w łachmanach, oparte na sękatych drągach.
— A co to?
— Stróża!... Pilnują ciała zabitego! — mruknął woźnica, wskazując głową na długi ciemny przedmiot, majaczący na kresach światłości.
Chłopi — radzi przejezdnym — poprosili natychmiast o tytoń.
— Swój to wykurzyliśmy, a cni się...
Zwijali papier w tutki i gawędzili z woźnicą.
— Jedziesz?
— Jadę...
— Rozpaczliwy jesteś chłop!...
— Płacą. Rubla dodali... »Rewolwerty« mają...
— Abo tamci nie mają! Ech, człowieku...
— Wrócilibyście się, panowie, póki czas... Po dniu pojedziecie spokojnie! — zagadał jeden z nich do młodzieńców.