Strona:Wacław Sieroszewski - Małżeństwo, Być albo nie być, Tułacze.djvu/377

Ta strona została przepisana.

Tak się jakoś złożyło, że Wiktor nigdy pierwszy nie rozpoczynał rozmowy: obecnie więc było mu szczególnie trudno się przezwyciężyć, i zdarzało się, że upływały całe godziny w przykrem milczeniu. Leżeli obok siebie, czuli nawzajem ciepło swych członków, myśleli o sobie, ale nie odzywali się do siebie.
— Dlaczegoś tak z nim postąpił? Dlaczegoś mu ręki nie podał? — spytał niespodzianie es-er i całem ciałem zwrócił się do Wiktora.
— Komu?
— Staremu... Przecież on ci życie uratował?
Wiktor usiadł.
— Dostał za to pięć rubli! — odparł chłodno.
Towarzysz spojrzał nań z niechęcią.
— Pycha... szlachecka pycha... — szepnął i, pogwizdując znowu, wbił oczy w nagie rżyska.
Przykry uśmiech wykrzywił wązkie wargi Wiktora i uniósł w górę końce jego długich, cienkich wąsów. Nie odpowiedział jednak narazie.
Leżeli dalej obok siebie w milczeniu dzień cały, rozdzieleni jakby taflą lodu.
Pod wieczór zamajaczał w oddali chara-