Strona:Wacław Sieroszewski - Małżeństwo, Być albo nie być, Tułacze.djvu/38

Ta strona została przepisana.

spodzianką i tajemnicą. I słodki ten czar, nieznany przedtem Stefanowi wdzięk kształtów żeńskich, budził w nim wciąż nieukojoną tęsknotę, niby odczucie wiecznego bólu istnień znikomych, szukających bezwiednie przez miłość nieśmiertelności. Zapałały mu one we krwi pragnienie nowych rozkoszy, które tliły w nim już dzień cały. Z przebiegiem wyrachowaniem chciwca, szczędzącego każdą chwilę wypoczynku kochanki, wysuwał się ostrożnie z szałasu, biegi do czółna, oglądał sieci, wracał ze schwytaną trzepoczącą się srebrno-łuską zdobyczą i z wiadrem wody zaczerpniętem po drodze; niecił ogień, zawieszał na nim imbryk miedziany na żerdzi, miesił podpłomyk jęczmienny i, zatknąwszy ciasto na drewnianym rożnie nad rozgarniętym żarem węgli, zrzucał dopiero swą lekką, robotniczą odzież i z wysokiego brzegu dawał na głowę szczupaka w przejrzyste, zimne nurty. Gdy płynął, rozgarniając prądy silnemi ramiony, słońce zaczynało już złocić wody, a dalekie wyspy zapalały się różowem światłem ukośnych promieni. Gdy wracał, Zofia zazwyczaj już nie spała i siedząc w otworze szałasu, patrzała rozmarzonemi oczami na śniadą jeszcze od rosy łąkę, na koralowe kupy gorejącego ogniska, na płowy dym, snujący nieprzerwalnie swą krętą wstęgę w przestworza malowane