Strona:Wacław Sieroszewski - Małżeństwo, Być albo nie być, Tułacze.djvu/39

Ta strona została przepisana.

purpurowym złotem wschodu, bijącym z za krawędzi wyspy.
Stefan brał kosę i, aby rozgrzać się, wykoszał jeden pokos. Zofia ubierała się i, nucąc cichutko do taktu ciachnięć kosiarza, przygotowywała śniadanie. Gdy Stefan oddalił się znacznie i nie słyszał jej wezwania na posiłek, szła po niego. Lubiła oprzeć się chwilę o jego silne barki, poczuć ciepłe, twarde ciało młodzieńca przez cienką koszulę i przyjrzeć się, jak w blaskach słońca, już wybiegłego nad poziom ziemi, gorzeć poczyna tęcza dyamentowa w kroplach perłowej rosy gęsto wiszącej na trawach.
— Wybornie kosić po rosie!...
— Daj, niech spróbuję!
Kładł jej kosę do ręki i uczył nią suwać.
— Ciężko. Nigdy nie dałabym rady!...
— Za dużo bierzesz na ostrze... Należy brać po troszku, wedle sił. Kosa powinna ślizgać się jak po wodzie... Bynajmniej nie jest to cięższa robota od innych... To przesąd!... Zobaczysz jak będziesz kosić niedługo...
Istotnie zwolna zaczynała Zofia poznawać tajemnice pracy fizycznej, jej cierpienia i jej rozkosze. Ciało jej krzepło; policzki ogorzały i nabiegły krwią, jak dojrzewające jabłko; dłonie nauczyły się mocno zaciskać; nogi silnie opierać o ziemię. Giętki, młody krzyż już