Strona:Wacław Sieroszewski - Małżeństwo, Być albo nie być, Tułacze.djvu/416

Ta strona została przepisana.

kupę drgających ciał, skąd z cichym jękiem wychylały się blade, pomiażdżone, okropne twarze i skąd płynęła po bruku daleko czarna struga posoki...
Już nikt z domu nie skakał, już nie było widać czarnych ludzkich plam w otworach okien...
Wtem tłum drgnął... Rozległo się przenikliwe wołanie:
— Ludzie!...
Kobieta z rozpuszczonymi włosami wychylała się, wypadała nieledwie z kamiennej framugi, podając stojącym w dole małe dziecię.
— Ludzie, ulitujcie się!
Potępieńcy chwilkę nie ruszali się, wreszcie kilku podskoczyło ku oknu i wyciągnęło ku górze ramiona w czerwonych koszulach, łapy czerwone od krwi i ognia... Po tłumie przeleciał pochwalny pomruk...
— Rzuć!
Dziecię błysnęło w krwawem powietrzu, niby gołąb. Poczem kobieta oswobodzone ręce przycisnęła z wdzięcznością do ust, do serca i z łkającym szeptem, z oczyma wniębowziętemi błogosławiła oprawców...
Nagle przeciął ciszę słaby pisk duszonego pisklęcia i rozerwane na strzępy rączki i nóżki