Strona:Wacław Sieroszewski - Małżeństwo, Być albo nie być, Tułacze.djvu/43

Ta strona została przepisana.

Już z przerażeniem wsłuchiwała się w stłumioną gędźbę ziemi. Z jednostajnego szumu wodnych odmętów, z milczenia ciemniejących wysp, z wysokich pałających niebios tryskały chwilami dźwięki niepojęte, głuche warkoty, wołania, dalekie, żałosne jęki i westchnienia, tupoty i wycia pościgów... Naówczas miała wrażenie, że z bezkreślnych przestworzy coś uparcie dąży ku ich wyspie, niosąc burzę i grozę, coś przedziera się i szybuje z porzuconego świata...
Lecz najbardziej straszyły ją dźwięki wyraźne, ludzkie, — brzęki kos, głosy pieśni i nawoływań, jakie coraz częściej dolatywały z sąsiednich wysp, zwolna zaludnianych przez pracowników.
Dręczył ją również niewymownie ocean mroku zapadający wieczorem. Nikły ogień, tlejący przed ich szałasem, potęgował jedynie ogrom istniejącej poza nią ciemności.
— Nie porzucaj mnie... Wszak krótko już będziemy żyli tak wyłącznie dla siebie... Nawet kiedy udasz się na polowanie, to bierz mię z sobą!...
— Dobrze, ale... tam komary!
— To nic! Nakryję głowę chusteczką.
Po raz pierwszy popłynęli razem na »zasiadkę«, na żółte piachy, wrzynając się wązką, długą strzałką w główne koryto rzeki. Tam-