Strona:Wacław Sieroszewski - Małżeństwo, Być albo nie być, Tułacze.djvu/95

Ta strona została przepisana.

— Więc znasz go? Znasz?! — pytał ostro oficer... ltobociarz milczał...
— Gadaj! My cię nauczymy mówić!
Usta młodzieńca zadrżały bezradnie. Istotnie mnie nie znał. Nagle ogarnęła mię pustota i nim straż moja spostrzegła, schwyciłem więźnia za rękę.
— Pluń na nich, towarzyszu! Nie lękaj się!... Nie daj się! Już pół roku siedzę w kazamatach i...
Poczułem uderzenie i szarpnięcie w tył... Zdołałem jeszcze wykrzyknąć:
— Pluń!... Nie daj się!...
Pobito mię, ale ten chłopak, z którym potem spotkałem się już na wygnaniu, okazał się dzielnym miłym towarzyszem i przyznał mi się, żem go wtedy bardzo pokrzepił i uratował od zeznań, jakich by może całe życie żałował.
— Straszną jest czasami potęga wypowiedzianych wyrazów... Nic nie jest w stanie ich cofnąć jak rzuconego pocisku... — dodał pouczająco.
— Szczególniej niedobrych wyrazów!... — szepnęła Zofia.
— Szczególniej niedobrych!... — zgodził się. Uważałem nieraz, że wrażenia ich nie zdołają zagładzić nawet dobre... postępki. Nie możemy