Strona:Wacław Sieroszewski - Wśród lodów.djvu/16

Ta strona została uwierzytelniona.

— Milcz, jeszcze usłyszy i rzuci się na ciebie, gdy będziesz wracał do obozu.
Nie chcieli mnie puścić, ale się uparłem, gdy o północy miałem iść na wartę; wziąłem tylko latarnię ze sobą. Z latarnią można iść bezpiecznie nawet między tygrysy. Przychodzę do obozu, a tam siedzą u ogniska i o niczem nie wiedzą, szyldwach chodzi w ciemności i nawołuje. Poszedłem zdać raport naczelnikowi.
— Eh — mówi — może nie przyjdzie; dotychczas nie bywał w tej stronie.
— Ba!... bo miał krowy.
— Więc dobrze. Załóż bagnet na karabin, ale nie strzelaj, chyba w ostateczności. Pamiętaj, jaki djabeł śpi w tej kupie. Od byle wstrząśnienia wszyscy możemy wylecieć w powietrze!
Było mi jakoś z początku nieswojo. Dokoła milczały czarne lasy, wdali bielała wioska. Ognie wszędzie pogasły. Coraz bardziej było mi nieswojo. Chodziłem tam i napowrót, aż opadły mnie złe myśli, ogarnął strach. Każdy cień wydawał mi się podejrzany. Nie mogłem wytrzymać i wlazłem na kupę beczułek z dynamitem, ażeby rozejrzeć się lepiej. Serce biło mi jak młotem. I wydało mi się, że coś wysunęło się z pod lasu i znikło w trawie. Wytrzeszczam oczy, nadstawiam uszu — nic nie widzę. Nagle... tuż pod nogami spostrzegam dwa ślepia gorejące, niby dwie latarnie... Podnoszę broń do ramienia i czekam; a on grzbiet wygiął, łapy pod siebie podebrał, ogonem bije w ziemię, gotuje się do skoku!... Wtem, jakgdyby kto mnie obuchem palnął