Strona:Wacław Sieroszewski - Wśród lodów.djvu/17

Ta strona została uwierzytelniona.

w głowę, przypominam sobie, co mam pod nogami. Choćbym nawet nie strzelał, niechby tylko skoczył między beczki, Bóg wie, coby mógł narobić!... Jednej chwili, sam nie wiem jak, znalazłem się na ziemi, o kilka kroków od tygrysa. Bagnet wytknąłem przed sobą. Zwierz podniósł się, mrucząc, i przysiadł; łbem wstrząsnął, łapą powietrze rozgarnął i w bok skoczył, chciał mnie zajść z tyłu. Ale ja szedłem za nim, bagnet wciąż przed sobą trzymając. W blasku księżyca stal ostrza świeciła się jak płomień. Może się zląkł, może to wziął za ogień, dość, że cofał się, a ja szedłem na niego... I tak długa upłynęła chwila. On oczów ze mnie nie spuszczał, a mnie mgła jakaś zaczęła otaczać i zdawało mi się wkońcu, że to nie zwierz, a jakieś kule ognisto-zielone toczą się przedemną. Bałem się krzyknąć, a świstawki do ust podnieść nie mogłem, bo przeszkadzał mi karabin. Nakoniec światło zabłysło w obozie, ludzie się poruszyli; tygrys odwrócił się i odszedł, nie śpiesząc.
Zacząłem krzyczeć: tygrys!... tygrys! Przybiegli z latarniani i resztę nocy chodziliśmy we dwóch. Nazajutrz nasz naczelnik zgromadził wszystkich majtków i ludzi miejscowych i urządził obławę na tygrysa. Wytropiliśmy go i zabili; a ci, którym krowy pozjadał, takimi w lesie okazali się śmiałkami, że myślałem, iż go żywego brać będą... Skórę zabrał naczelnik, a nas obdarzył suto. Gdym tego wieczora położył u Grzegorza garść złota na stole, Dosia oświadczyła mi zaraz, że pójdzie za mnie zamąż.