Strona:Wacław Sieroszewski - Wśród lodów.djvu/20

Ta strona została uwierzytelniona.

wanej. A taki skwar, że z naszego ubrania dymi się jak z komina parowca... Całe szczęście, że było mokre, inaczej zatliłoby się... Idziemy prędko; gorący piasek parzy nam pięty. Po drugiej stronie doliny las potężny, ciemno-zielony, wabi nas. Drzewa tam wysokie jak dzwonnica, a obszerne jak kościół; masa pnączy; cienisto i chłodno; aromat taki jak w sklepie korzennym; kwiaty, owoce, a wśród nich uwijają się małpy, zwierzątka, fruwają ptaki barwne jak motyle i motyle wielkie jak ptaki; wrzeszczą papugi; chichocą jakieś nieznane dziwotwory. Wszystko w porządku, jak gdybym w książce czytał! Chcieliśmy odpocząć na brzegu lasu i zjeść cokolwiek, ale ledwiem wyciągnął rękę do złotego owocu, Tom odtrącił mnie.
— Bój się Boga, to trucizna! — zawołał.
Chciałem tedy dla pocieszenia się powąchać kwiatek.
— Nie rób tego: umrzesz.
Siadam z rozpaczy na ziemi.
— Ostrożnie! Usiądź wyżej, tam może być tarantula lub skorpion.
Na drzewie, tuż nad nami, zobaczyłem szkaradnego węża. Oj, lody! poczciwe lody! Czemuż was tam nie było? Staliśmy na brzegu lasu pełni obawy. Co robić?...
— Cóż poczniemy, Tomie?... Tu wcale niema ludzi.
— A co gorsza — odpowiada mi Tom — tu nawet niema sklepiku z tytoniem.