Strona:Wacław Sieroszewski - Wśród lodów.djvu/31

Ta strona została uwierzytelniona.

— Słyszycie?...
W milczeniu natężyli słuch... Istotnie, zdala doleciał ich krzyk jakiś, czy stukanie... Chcieli natychmiast iść w kierunku dźwięku, ale mr. Will wstrzymał ich.
— A jeśli niedźwiedź?... Czterech niech weźmie karabiny, rusza naprzód!... Reszta czekać!... Na kogo tam kolej?...
Lecz pierwej, nim wyznaczeni majtkowie stanęli gotowi do drogi, z za wzgórz lodowych wysunęły się cztery ludzkie postacie. Na ich spotkanie, nie słuchając już rozkazów, wybiegli wszyscy, nie wyłączając mr. Will‘a.
— Zdrowi? Cali?
— Gdzie psy? Gdzie sanki?
— A gdzież został piąty?
— Kogo niema?
— A daleko dotarliście?
— Pewnieście słabi i zmęczeni?
Zarzucali przybyłych pytaniami, chwytając za ręce i ściskając, bez różnicy, majtków i oficerów.
— Poczekajcie!... Dajcie dojść na miejsce! Nie jedliśmy już dni kilka... Wina choć kropelkę!...
— Zaraz!... Lećcie!... Nieście!...
— Do bieguna!... ho! ho! łatwo powiedzieć! Zrobiliśmy tylko mil 200. W polach szczeliny... trzeba było okrążać... Sanki złamały się... porzuciliśmy... psy zjedliśmy. A Jack... został. Wszystko wam opowiemy... po trochu.
W milczeniu weszli na okręt. Wychudli, znużeni, poprosili zaraz o kąpiel i czystą bieliznę. Doktór zbadał uważnie stan ich zdrowia i nic nie