Strona:Wacław Sieroszewski - Wśród lodów.djvu/51

Ta strona została uwierzytelniona.

drobniejsze. Zdawało się niepodobieństwem przejść lub przepłynąć przez tę kaszę lodową. Marynarze z rozpaczą spoglądali na ziemię, kwiaty, trawę, strumienie wody słodkiej, które zwolna przesuwały się przed nimi. Mijali już ostatnie urwisko i długą, płaską ławicę, poza którą było znowu morze, pokryte płynącemi lodami.
— My musimy się tam dostać! — krzyknął nagle kapitan. — Hej! chłopcy! związać liny od wszystkich szalup!... Spróbujmy przeprawić się na naszej krze, jak na promie!... Aby tylko linę przerzucić na drugą stronę! Do końca przymocować kłębek szpagatu.
Rozkaz wykonano natychmiast, ale nie było takiego, ktoby ofiarował się przenieść linę na brzeg lądu. Kapitan czekał chwilę.
— Mister Will, obejmujesz pan dowództwo po mnie!... Podajcie szpagat!
Zdjął z piersi woreczek z cennemi papierami, położył lunetę i odczepił pas z rewolwerem.
— Na to nie zgodzimy się, kapitanie!... Ty musisz umrzeć ostatni!...
— Pozwólcie mnie!...
— Kapitanie, mnie pozwól, proszę... — nieśmiało odezwał się Smith.
Kapitan popatrzył nań chwilę i oddał mu koniec szpagatu.
— Dobrze... Ty masz prawo przed innymi...
Smith szpagat przywiązał do długiego bosaka, który wziął w ręce — i poczekawszy chwilę, puścił się, skacząc po krach, wśród wirów. Przejść miał nie więcej jak kroków pięćdziesiąt, ale do-