Strona:Wacław Sieroszewski - Wśród lodów.djvu/60

Ta strona została uwierzytelniona.

na, nie dała się poruszyć. Porzucono ją bez wielkiego żalu, gdyż kapitan odkrył, że zatoka jest właściwie ujściem jednej z wielkich rzek syberyjskich. Przypuszczał, iż osady rybackie mogą być niedaleko, lecz jednocześnie wiedział, że znajdują się one zazwyczaj na lewym brzegu rzeki, tymczasem los ich wyrzucił na prawy. Niepodobieństwem było przepłynąć rzekę na tratwie, z powodu jej szerokości i kry, która iść zaczynała.
Marynarze założyli obozowisko na brzegu zatoki, w miejscu, gdzie było suszej i gdzie leżały pnie przyniesionego przez wodę drzewa. Majtkowie rozpalili ogień, a kapitan, korzystając z resztek dziennego światła, wszedł na wzgórze, by obejrzeć okolicę. Tak dawno pożądane ciepło płonącego ogniska dodało rozbitkom otuchy; byłoby nawet może rozbudziło wesołość, gdyby nie maleńkie porcje wydzielanego pożywienia.
— Ona już nie pali i nie je!... — smutno skarżył się Dick.
Polowanie niewiele obiecywało. Zbliżająca się zima opustoszyła tundrę. Jurek, najlepszy myśliwy, po dwugodzinnej włóczędze przyniósł tylko jedną białą kuropatwę. Okazało się, iż popełniono błąd gruby, zabierając tylko karabiny z okrętu. Już na wyspie napsuli dużo prochu, choć tam zwierzyna była mało lękliwa i dopuszczała blisko do siebie; ostrożniejsze ptactwo lądowe trudno było zabijać kulami. Nazajutrz, gdy ruszyli w górę rzeki, doktór napróżno szukał wśród zwiędłej, ubogiej roślinności jakich jadalnych traw lub ko-