Strona:Wacław Sieroszewski - Wśród lodów.djvu/61

Ta strona została uwierzytelniona.

rzeni; znalazł tylko krzaczki dzikiej herbaty, której liście dawały dość przyjemny i pokrzepiający napój. Liści tych zresztą było bardzo mało, a napój z nich gorzko-trawiący jeszcze zwiększał apetyt.
Zimno podniecało także chęć do jedzenia.
O południu oddział zatrzymał się u stosu drzewa, by ogrzać się, ugotować „nieszczęsnej herbaty“, a kapitan kazał rozdać po kawałku suchara, oznajmiając, że więcej nad jedną porcję nie pozostało w zapasie. Wiadomość ta przygnębiła ostatecznie i tak już bardzo na duchu upadłych rozbitków. Wielu położyło się natychmiast, by leżąc mniej cierpieć, a drzemiąc mniej myśleć; inni obsiedli ognisko i w milczeniu łatali podartą odzież, z łachmanów przyrządzali sobie obuwie. Większość była boso, cierpiąc dotkliwie od zimna i ostrych kamieni. Kapitan stał nad wodą i wpatrywał się w brzeg przeciwległy.
Szerokim pasem zatoki leniwo płynęły kry; setki płaskich wysepek zalegały ujście rzeki, a poza niemi, jak mglista smuga, wznosił się brzeg przeciwny, wysoki i bardzo odległy. — Tam musieli być ludzie! Kapitanowi wydawało się, że widzi przez lunetę dymek, unoszący się przed jednym z wąwozów. Ten dymek siwy był bardzo wyraźny na chłodnem tle nieba, ale dla nich nie miał żadnego znaczenia. Nie mogli marzyć o przedostaniu się na drugą stronę, nawet w łodzi. Twardy lód rzeczny nie żartował; nie dawał się kruszyć tak łatwo, jak morski, a był jeszcze zadrobny i za cienki, by na powierzchni swojej utrzymać ludzi.