Strona:Wacław Sieroszewski - Wśród lodów.djvu/71

Ta strona została uwierzytelniona.

go za rękaw i ciągnął za sobą. Łzy jak grad płynęły mu z oczu... Dziki, trochę wylękły, cofnął się; palcem ukazał na czoło i mówił coś do swoich. Ci otoczyli go ciasnem kołem. Biedny Tom zrozumiał, że wszystko przegrane... że się go boją... że mają za warjata!... Ostatnim wysiłkiem woli pohamował się; ukląkł i spokojnie zaczął rysować na śniegu łodzie i małe figurki, które miały wyobrażać ludzi, podzielonych na oddziały. Narysował też rzekę i jeden z oddziałów umieścił na prawym, brzegu, a inne na lewym. Tunguzi, oparci na prętach, uważnie śledzili najmniejszy jego ruch i okrzykami dawali znać, że rozumieją. Od jednego z oddziałów Tom oddzielił dwie figurki... pokazał palcem na siebie i Dicka i spojrzał wymownie. Zdawało się, że go rozumieli, ale pomimo to nie ruszali się z miejsca. Tymczasem on czuł, że już wyczerpał resztki sił... Oczy zachodziły mu mgłą... Co teraz będzie? co będzie?! Czy rozumieją?... — rozpaczał w ostatnim wysiłku zamraczającej się myśli... Ręce wyciągał, bliżej stojących za odzież chwytał... aż zachwiał się i upadł bezwładnie na śnieg...

IX.


Gdy znowu oczy otworzył i spojrzał przytomnie, ujrzał przedewszystkiem okopcone wnętrze chaty sybirskiej. Ktoś znajomy siedział na jego łóżku, a ktoś drugi stał pochylony nad nim.
Poznał kapitana i doktora.