Strona:Waleria Marrené - Życie za życie.djvu/183

Ta strona została skorygowana.
LIST XXVII.
EDWARD DO ALBINY.

Wczoraj na wieczny spoczynek, wśród spiekłej kampanii rzymskiej, odprowadziłem zwłoki Idalii. Tu pochowaną być chciała, w krainie słońca, wśród róż, cyprysów, i oliwnych gajów. Posadziłem na jej grobie róże, cyprysy. Stało się podług jej woli; słońce świeci jasno, rażąco, niemiłosiernie nad jej mogiłą!..
Wracałem do miasta w stanie który ci trudno opisać. Słońce padało mi prostopadle na głowę i paliło mózg. Krew rozpalona krążyła mi w żyłach. Świat ten rozkwitły zdawał mi się urągowiskiem, wszystkie twarze, wszystkie uśmiechy przybierały dla mnie wyraz szyderczy. Szedłem prosto przed siebie jak obłąkany; ból we mnie przemienił się w ogień, nienawiść kipiała, szukając pastwy, — gdy nagle szatan zapewne postawił mi na drodze istotę zapomnianą oddawna, pierwszą sprawczynię nieszczęść moich.
W oknie jednego z pałaców na Corso stała Helena poznałem ją od razu. Czego chciała tutaj ta kobieta o złowrogiem spojrzeniu, jak śmiała znaleźć się na drodze mojej i zjawić się w chwili podobnej? Naraz cała przeszłość stanęła mi w myśli, wszystkie bóle odżyły w sercu, istota moja cała zawrzała. Podniosłem na nią oczy i ujrzałem ramiona z paryjskiego marmuru, te bogate sploty kruczych włosów, i zdało mi się że widzę na jej ustach ów pocałunek Judasza. Jak szalony wbiegłem do pałacu w którym się znajdowała i nie zatrzymałem się aż przy niej. Wiódł mnie jakiś instynkt niemylny.