Strona:Walery Łoziński - Zaklęty Dwór.djvu/176

Ta strona została przepisana.

Eugenia parsknęła głośnym śmiechem.
— Otóż mamy najlepszy klucz do wszystkich tych zagadkowych bajeczek — wykrzyknęła żywo, jakgdyby uszczęśliwiona jakimś nowym domysłom trafnym.
— Jaki klucz? — zapytali jednocześnie hrabia i hrabina.
Eugenia śmiała się serdecznie, a w oczach jej malowała się pewna nawet ironia.
— Pan nie mówiłeś ani słówka z swojem widziadłem? — zapytała Juljusza zamiast żądanej odpowiedzi.
— Nie mogłem go zagadnąć, tak prędko znikło mi z oczu.
Na to wyznanie wzrosła jeszcze wesołość hrabianki.
— Najprościej państwu wszystko wytłumaczę — rzekła stanowczo.
— Ty duszko! — wykrzyknęła hrabina.
— Pani? — ozwał się Juljusz z naciskiem, w którym więcej przebijało się oczekiwania, niż zdziwienia.
— Posłuchajcie mię tylko moje państwo — wzywała Eugenia przybierając minę poważną i uroczystą, która twarzy jej pocieszny nadawała wyraz.
— Jakiś żart zapewne — mruknął hrabia obojętnie.
— O, nie, nie żarcik papo, ale jasne, umiejętne, filozoficzno tłumaczenie widziadła pana Juljusza.
— Zkądże do niego przychodzisz? — zapytał hrabia.
Eugenia z komiczną powagą zapukała w czoło swym drobnym, różowym paluszkiem.
— Czerpię go ztąd, mój ojcze — odpowiedziała uroczyście, a widząc że hrabia z lekka zchmurzył czoło jakby się niecierpliwił temi żartami, zawołała żywo i