Strona:Walery Łoziński - Zaklęty Dwór.djvu/197

Ta strona została przepisana.

chwilę sceny działania pod dach znanego nam dworu w Oparkach.
Nasz dobry znajomy, pan Damazy Czorgut, lubo dopiero dzień jeden bawi w gościnie u swego świeżo odszukanego przyjaciela, zmienił się do niepoznania w całej swej postaci i oswoił się już zupełnie z swem nowem położeniem. Lichy i obszarpany ubiór wczorajszy zastąpiły wytworne suknie Juljusza, które acz na zupełnie inną skrojone miarę, musiały przecież jakotako zastosować się do figury nowego właściciela.
Były laik a onegdajszy żołnierz, widzi się jak mówi po raz pierwszy od lat kilku „w futerale porządnego człowieka.“
Wszakże z przybraniem przyzwoitszego stroju nie przybył mu bynajmniej przyzwoitszy wyraz fizjonomji, skromniejszy układ w obejściu. Ten sam co zawsze drwiący, zuchwały, wyzywający uśmiech igra mu na ustach, ta sama aż w bezczelność wpadająca pewność i swoboda przebija się w każdym ruchu i spojrzeniu.
Juljusz nie powrócił jeszcze z swej wizyty do Orkizowa, a pan Damazy siedzi najwygodniej rozparty na sofce w jego pokoju. Trzyma jakąś książkę w ręku, ale nie zdaje się oczytać w tej chwili. Pociąga sporemi kłębami dym z wonnego sygara i w jakieś niezwykłe zapada zamyślenie.
— Czart wie — mruknął po chwili półgłosem — jakie ja tu mam zajmować stanowisko. Jużci prostym pieczeniarzem być nie mogę, muszę koniecznie poddać się jakimś obowiązkom. Ale jakim? w tem sęk!.... — Jak mię naprzykład mają tytułować tacy Gągolewscy,