Strona:Walery Łoziński - Zaklęty Dwór.djvu/218

Ta strona została przepisana.

lej Katilina, kładąc mu swą silną, ciężką rękę na ramieniu — to sprawisz się z tem wszystkiem tak cicho i zręcznie, aby ani mucha nie wiedziała o niczem.
— Ale.... jakto.... proszę pana.... te pistolety.... — jąkał się sam nie wiedząc co mówi.
— Te pistolety przyniesiesz, mówię — rzekł stanowczo, rzucając się na zdziwionego i przestraszonego zarazem lokaja spojrzenie, które najmniejszego nie dozwalało oporu.
— Dobrze panie — wybąknął Filip, nie wahając się już dłużej.
— Obadwa są nabite?
— Obadwa.
— Pamiętaj więc około północy i idź do djabła.
Lokaj wyszedł skonsternowany ale zaraz za drzwiami cichy wytoczył monolog.
— Po co jemu pistoletów o północy — mruczał bijąc się w czoło — czy chce wyjść na jaki rabunek, czy chce sobie może w łeb wypalić? Dałby pan Bóg, bo het popsuje mi pana a dalibóg dobre panisko....
Katilina położył się do łóżka a za kwadrans spał jak zabity.
Kiedy już wszystko ucichło we dworze, Filip na palcach wsunął się do pokoju i wypełnił ściśle otrzymane zlecenie.
Katilina obudzony z nienacka porwał się na równe nogi i zaczął się skwapliwie ubierać.
— Dobrze — chłopcze — rzekł wesoło zacierając ręce — ale teraz pójdź i co tchu osiodłaj mi konia.
Filipowi jakaś radośna myśl przemknęła przez głowę,