Strona:Walery Łoziński - Zaklęty Dwór.djvu/23

Ta strona została skorygowana.

— Jak to? Co mówisz, nowy dziedzic żwirowski nie żyje? — zawołał gromowym głosem.
Biedny Organista aż przykucnął z przestrachu, tak groźnym wydał mu się w jednej chwili nieznajomy.
— Uchowaj Boże — zawołał skwapliwie — po coby miał nieżyć! Żyje ale mieszka o mile za Żwirowem aż w Oparkach proszę jegomości, bo dwór żwirowski zaklęty.
— Jaki? zaklęty?! — wykrzyknął podróżny, rubasznym wybuchając śmiechem.
Garbaty organista skrzywił się z niesmakiem. Mimo całego swego dowcipu ulegał powszechnej wadzie swego pokolenia, był zabobonnym jak wszystka nasza wiejska dziatwa Izraela.
— No nie ma się tu wcale z czego śmiać — przedkładał z niezwyczajną u siebie powagą. — Widzi jego mość, ludzie gadają, że nieboszczyk pan Starościc chodzi po śmierci.
— Chodzi! — powtórzył nieznajomy, i nowym parsknął śmiechem.
— No, może sobie i biega, albo ja wiem — wycedził żyd widocznie nie kontent z niedowiarstwa swego gościa. — Ale ja powiadam panu, że tak ludzie utrzymują a stary dwór żwirowski nazywa się w całej okolicy na dwadzieścia mil wzdłuż i w szerz zaklętym dworem, bo nieboszczyk Starościc w nim się najczęściej pokazuje.
— Komu? — zapytał podróżny drwiąco.
— Ho! ho! czy jeden go już widział? — upewniał żyd stanowczo.