Strona:Walery Łoziński - Zaklęty Dwór.djvu/233

Ta strona została przepisana.

— Dam ja ci ty sobacza, szpiegowską duszo! — huknął, a w ręku jego długi zabłysnął nóż.
Katilina cofnął się o krok w tył i zaśmiał się ca całe gardło. Kost’ mimo woli przystanął na miejscu, lufa pistoletu zagroziła mu o trzy kroki.
Katilina nie ustawał w swym rubasznym śmiechu.
— Dobry masz nóż stary błaźnie, tylko trochę za krótki!
Stary kozak stał jak wryty, ale z oczu strzelały mu błyskawice, jakby mimo tak bliskiego niebezpieczeństwa chciał rzucić się na przeciwnika.
Katilina usiadł spokojnie na pobliski fotel.
— Pogadajmy — rzekł z flegmą — tylko bez gniewu a porozumiemy się.
Kost’ cały trząsł się od złości, ale nic nie odpowiedział.
Katilina, spokojnie ciągnął dalej:
— Nazwałeś mię złodziejem lub szpiegiem, to wielka obelga, lecz pal cię djabli, nie mam do ciebie żalu, bo z pozoru mogłem zakrawać na coś podobnego, choć właściwie wszedłem do dworu jako, przyjaciel i sprzymieniec.
— Przyjaciel i sprzymierzeniec? — mruknął Kost’ przez zęby z szczególniejszem spojrzeniem.
— Tak, szanowny kluczniku, przybyłem strachowi zaklętego dworu wielką wyświadczyć przysługę.
Kost’ coś niezrozumiale mruknął przez zęby.
— Przedewszystkiem musisz jednak wiedzieć — prawił Katilina dalej, że w nadziemskie innoświątowe