Strona:Walery Łoziński - Zaklęty Dwór.djvu/326

Ta strona została przepisana.

waniu z Juljuszem, przyjmował i od niego bez urazy drażliwszą, nawet przymówkę jak równy od równego.
To też i teraz zły humor Juljusza najmniejszego na nim nie wywarł wpływu.
Leżał sobie wygodnie i spokojnie na sofce, i popalając sobie sygaro wielkiemi kłębami dymu, puścił wolny bieg myślom.
Nagle porwał się na pół.
— Żeby też po dziś dzień nie wiedzieć jeszcze z pewnością, czy to była rzeczywiście hrabianka czy nie, to doprawdy potrzeba cymbała na to! — wykrzyknął głośno.
— Ciekawym co też on zechce zrobić! Byle tylko nie popsuł wszystkiego i nie ocaliwszy nikogo sam jeszcze nie dostał się do kozy... — mruknął przez zęby.
Po chwili wstał z sofy i przystąpił do okna.
— Koń już osiodłany! Gdzie też on pojedzie?!
W tej samej chwili Juljusz ukazał się na ganku i spiesznie dosiadł konia, a tuż zaraz rozległ się tętęt kopyt.
Katilina odstąpił od okna i zadzwonił gwałtownie.
— Każ osiodłać mi bułanego ale duchem, piorunem! — zawołał na wchodzącego lokaja.




XIX.
Pierwsze odkrycie.

Juljusz z silnem jakiemś postanowieniem wyjechał z domu i pognał ku Buczałom, zkąd jak wiadomo jedyna do zaklętego dworu prowadziła droga.