Strona:Walery Łoziński - Zaklęty Dwór.djvu/476

Ta strona została przepisana.

koby w duszy wyrzucał sam sobie, że naprzód nie domyślił się podobnego rezultatu.
Rzucił niedopalone sygaro daleko od siebie i wyciągając rękę ku przyjacielowi, i rzekł z niezwykłym u siebie nastrojem uczuciowym.
— Tyś Gracchus prawdziwy, mój Juljuszu! Powinien byłem odgadnąć cię od razu. Ale człowiek w pierwszej chwili sądzi zwyczajnie innych podług siebie samego. Mnie gdyby los rzucił jaką kość w łapę, to bym chciał widzieć tego, ktoby mi ją próbował wy drzeć.
Juljusz z widocznem zadowoleniem przyjmował jawny hołd swego towarzysza młodości.
— Uwziąłeś się przedstawiać się zawsze w gorszem świetle, niż w rzeczywistości znosi twoja natura. Ręczę, że dla siebie w takim razie nie robiłbyś wcale jego, czego gotówbyś się ważyć dla mnie.
Katilina niedbale machnął ręką.
— Dajmy pokój komplementom — rzekł obojętnie. — Ja cię pożegnam abyś mię mógł lepiej dezawuować — dodał stanowczo.
— Jakto chcesz mię opuścić?
— Nie przyjacielu, wyprzedzę cię tylko do Lwowa i będę szukał lekcyj i zatrudnienia dla ciebie i samego siebie
— Myślisz więc...
— Iż niebawem przyjedziesz za mną goły jak turecki święty, bo ręczę, że nie weźmiesz z sobą nawet chustki od nosa, kupionej podczas twego krótkiego panowania.